Chord Mojo 2
- Kategoria: Odtwarzacze i wzmacniacze przenośne
- Karol Otkała
Chyba każdy, kto choć trochę interesuje się sprzętem audio, słyszał o Mojo. Ciekawe, czy Chord, wypuszczając pierwszą wersję swojego przenośnego DAC-a i wzmacniacza słuchawkowego siedem lat temu, zakładał, że sprzęt ten stanie się wręcz legendą w środowisku fanów mobilnej elektroniki hi-fi, wzorcem i bazą do porównań. Z wypowiedzi założyciela i szefa firmy, Johna Franksa, wynika, że taka możliwość nie tylko była brana pod uwagę, ale wręcz, że nie widziano innej możliwości. Mojo był bowiem bardzo ryzykowną inwestycją. Aby obniżyć jego cenę do zakładanego poziomu, brytyjska manufaktura, specjalizująca się w wytwarzaniu hi-endowych komponentów stereo w ograniczonych ilościach, musiała zainteresować się produkcją na masową skalę. Wiadomo, że koszt jednostkowy poszczególnych części, takich jak elementy obudowy, procesory czy akumulatory, jest ściśle powiązany z wielkością zamówienia, dlatego postawienie wszystkiego na jedną kartę w pewnym sensie wydawało się najrozsądniejsze. Innymi słowy, Mojo był wyjątkowo śmiałym posunięciem, które miało szansę zwrócić się tylko wtedy, gdy sprzeda się naprawdę mnóstwo egzemplarzy. Gdyby to się nie udało, Chord prawdopodobnie znalazłby się w tarapatach. Na szczęście po sukcesie modelu Hugo audiofile nabrali apetytu na jego mniejszą wersję, a niemal czterokrotnie niższa cena sprawiła, że nie trzeba było zachęcać ich w żaden inny sposób. Maleńki DAC stał się takim hitem, że niebawem dołączył do niego bezprzewodowy moduł strumieniowy Poly i w tym momencie fani Chorda mogli stworzyć coś w rodzaju miniaturowego, audiofilskiego systemu kieszonkowego, któremu do pełni szczęścia potrzebne były tylko odpowiednio dobre słuchawki. Sam o Mojo słyszałem wielokrotnie, jednak nie miałem okazji sprawdzić go w kontrolowanych warunkach. Z tym większą radością przyjąłem wiadomość o możliwości przetestowania drugiej generacji tego modelu, która pojawiła się na rynku kilka miesięcy temu.
Chord Electronics istnieje od 1989 roku. W tym czasie firma zdążyła zapracować na swoją renomę, produkując między innymiwysokiej klasy przedwzmacniacze, końcówki mocy, wzmacniacze zintegrowane, przetworniki cyfrowo-analogowe, odtwarzacze płyt kompaktowych i upscalery. W każdej z tych dziedzin Chord wypracował silną pozycję, dzięki czemu marka uznawana jest za jednego z większych graczy, o czym może świadczyć fakt, że z brytyjskich wzmacniaczy korzystało chociażby słynne studio nagraniowe przy Abbey Road, nowojorski oddział Sony Music i londyńska The Royal Opera House. Historia firmy jest o tyle ciekawa, że John Franks nie miał z muzyką zbyt wiele wspólnego, ponieważ z wykształcenia jest inżynierem lotnictwa. Okazuje się jednak, że w tym teoretycznym szaleństwie jest sporo praktycznej logiki. John Franks, nie mając nad sobą żadnego bagażu branżowego, mógł do tematu podejść w sposób innowacyjny i nietuzinkowy. Niewyobrażalne jest to, że potrzeba było gościa spoza branży, aby wpaść na myśl, która wydaje się mieć ręce i nogi. Założyciel Chorda stwierdził, iż na jakiejkolwiek płaszczyźnie działania nie da się rozwiązać problemu pierwotnego przy pomocy wtórnego rozwiązania. Zatem wiedząc, że jakieś działanie jest nieprawidłowe, nie powinniśmy starać się niwelować skutków tego działania w innym miejscu, tylko skupić się na źródle problemu. Niby to banalne, ale każdy z nas na co dzień spotyka się z sytuacjami, w których okazuje się, że jednak nie dla wszystkich. I to praktycznie wszędzie - od własnego miejsca pracy przez budownictwo czy biurokrację aż po rozwiązania sprzętowe.
Wygląd i funkcjonalność
Gdy spojrzymy na produkty Chorda, możemy zacząć zastanawiać się, jakiej specjalności inżynierem jest Franks. Mojo, Huei, Anni, Ultima - wszystkie łączy to, że wyglądają jak sprzęty żywcem wyciągnięte ze stacji kosmicznej. I to nie prawdziwej, tylko raczej takiej z filmów science-fiction. Oryginalne kształty okraszone są w większości przypadków kolorowymi przyciskami. Producent znany jest również z tego, że dba o jakość wykonania i niezawodność swoich urządzeń. W przypadku Mojo 2 Brytyjczycy chwalą się tym, że jest to pierwsze urządzenie na świecie posiadające bezstratny procesor DSP. Jest to przełomowe rozwiązanie, które pozwala bez jakiejkolwiek utraty jakości regulować jednocześnie barwę w całym zakresie częstotliwości. Technologia ta otwiera niesamowite pole manewru i sprawia, że Mojo 2 będzie kompatybilny i użyteczny w przypadku olbrzymiego portfolio słuchawek. To tylko jedna z nowości, które serwuje nam "dwójka" w porównaniu z pierwszą wersją. Z innych ulepszeń warto zwrócić uwagę na większą pojemność baterii i krótszy czas ładowania.
TEST: Chord Anni
Sprzęt dotarł do mnie w sporym kartonie. Po jego otwarciu okazało się, że przestrzeń wypełnia w większości folia bąbelkowa. Samo pudełko z Mojo 2 porównałbym gabarytowo do opakowania perfum i to raczej tych w cieńszych butelkach. Projekt graficzny frontu opakowania jest wyjątkowo skromny, wręcz ubogi. Ciekawiej robi się z tyłu, gdzie umieszczono wiele interesujących informacji, dotyczących między innymi specyfikacji i gabarytów samego urządzenia i zastosowanych w nim technologii. Nie od dziś wiadomo, że nie można oceniać książki po okładce, zatem czas najwyższy zajrzeć do pudełka. Tu pierwsza naszym oczom ukazuje się papierologia - instrukcje bezpieczeństwa, krótka instrukcja użytkowa, kupon na 90 dni darmowej subskrypcji Qobuza i 60 dni Roona oraz przede wszystkim instrukcja "kolorystyczna", która, jak się później okaże, będzie niezbędna do współpracy z Mojo 2. Pod papierami znajdziemy foliowe wieczko, które przykrywa bohatera testu, umieszczonego w gąbkowej formatce. Pod nim mamy już tylko króciutki kabel USB-B i to tyle. Z jednej strony mamy tu wszystko, co potrzebne do używania Mojo 2 ale z drugiej - przy takiej półce cenowej chciałoby się bogatszego zestawu. Bogatszego o co? Chociażby o etui - w końcu to sprzęt przenośny, który w trakcie codziennego użytkowania może ulec uszkodzeniu, na przykład poprzez porysowanie. Etui możemy dokupić poza zestawem za około 250-300 zł.
Cała obudowa sprzętu wykonana jest z anodowanego na czarny mat aluminium. Sześcienna bryła ma zaokrąglone rogi z kilkoma wycięciami - na przyciski oraz na logo producenta. Front zdobi nazwa modelu. Urządzenie prezentuje się naprawdę ciekawie i oryginalnie. Uwagę przykuwa jeszcze jedna rzecz - sprzęt mimo niewielkich gabarytów waży tyle, co przeciętny smartfon - 185 g. Lewy bok Mojo 2 skrywa dwa pracujące równolegle wyjścia słuchawkowe 3,5 mm, dzięki którym muzyki mogą słuchać dwie osoby jednocześnie. Rozwiązanie to przydało mi się również do tego, by móc jednocześnie podłączyć różne modele słuchawek do porównania. Prawy bok skrywa wejścia cyfrowe i koaksjalne do przyłączenia na przykład streamera lub odtwarzacza CD. Oprócz tego znajdziemy tu też trzy gniazda USB. Dwa z nich standardowe Micro USB, z których jedno służy do połączenia na przykład z komputerem, a drugie do ładowania wewnętrznego akumulatora. Trzecie gniazdo - USB-C może wywołać uśmiech na twarzy użytkownika, ponieważ konstrukcyjnie przypomina ono polską patodeweloperkę - osadzone jest niżej od pozostałych, wychodzi poza bryłę urządzenia i jest wykonane z innego materiału. Wygląda to tak, jakby ktoś na etapie projektowania Mojo 2 zapomniał o tym rozwiązaniu i przypomniał sobie o nim dopiero, gdy stelaże były już gotowe. Możliwe, że w rzeczywistości wyglądało to zupełnie inaczej, ale konstrukcja może wywołać takie skojarzenia. Ostatecznie dobrze, że takie gniazdo jest, ponieważ powoli staje się standardem i pozwala na używanie jednego kabla do kilku urządzeń. Sprzęt może leżeć na trzech gumowych nogach oraz czwartej - obudowie gniazda USB-C.
Góra obudowy skrywa 4 przyciski, które przy wyłączonym sprzęcie niczym się nie wyróżniają. Cała magia zaczyna się dopiero w momencie włączenia urządzenia. O magii można tu mówić z lekkim przymrużeniem oka, ponieważ w przypadku fanów Chorda po uruchomieniu Mojo 2 rozpoczyna się pewien specyficzny rytuał, którego reszta użytkowników raczej od razu nie zrozumie. A nawet jeśli z czasem go pozna, to nie ma gwarancji, że go polubi. Całe sterowanie sprzętem odbywa się za pomocą tychże przycisków, które po uruchomieniu zaczynają się mienić różnymi kolorami. Są one kluczem, swego rodzaju kodem, ale także przekleństwem całego rozwiązania, którego nijak nie da się ogarnąć na chłopski rozum. Kolory trzeba wykuć na blachę lub mieć zawsze pod ręką instrukcję. Możliwe, że z czasem przyzwyczaimy się do tego na tyle, że ściągawka nie będzie nam potrzebna, ale ja do ostatnich chwil testu musiałem przypominać sobie, co sygnalizuje taki czy inny kolor każdej kuleczki. Lewy przycisk to włącznik sieciowy, dwa środkowe odpowiadają za regulację głośności oraz nawigację po opcjach, prawy zaś odpowiada za menu. Po jego wciśnięciu zmienia się funkcja środkowych przycisków, które w 18 krokach mogą regulować barwę w każdym z czterech zakresów częstotliwości od niskiego i średniego basku po niższe wysokie i najwyższe tony. Regulacja głośności obejmuje zakres od +18 do -108 dB. Jedną z ciekawszych funkcjonalności Mojo 2 jest crossfeed, czyli funkcja mieszania kanałów, która pozwala na uzyskanie czterostopniowego efektu przestrzennego w słuchawkach. Patrząc na gabaryty sprzętu i jego opis, bez zawahania można powiedzieć - mały, ale wariat.
Nawet bez uruchamiania sprzętu bez problemu zauważymy, że Mojo 2 nie został wyposażony w żadną łączność bezprzewodową. Trochę szkoda, bo zawsze moglibyśmy przy takim rozwiązaniu wyeliminować chociaż jeden kabel. Zamiast łączności Wi-Fi czy Bluetooth Chord oferuje inne rozwiązanie - specjalny moduł Poly, który oferuje funkcje bezprzewodowe, a ponadto może stać się streamerem i odtwarzaczem, jeśli umieścimy w nim kartę microSD. Świetna opcja? Pewnie tak, ale to oznacza kolejny wydatek, i to - w porównaniu z ceną samego DAC-a - całkiem spory. W momencie publikacji testu Poly kosztuje 2749 zł, co po dodaniu 2590 zł za Mojo 2 daje ponad pięć tysięcy złotych. Trudno sobie wyobrazić użytkowanie takiego zestawu bez odpowiedniego pokrowca i owszem, taki również znajdziemy w sklepach. Kosztuje 499 zł. Razem wychodzi 5838 zł, co w porównaniu z aktualnymi cenami flagowych smartfonów Apple'a czy Samsunga absolutnie nie szokuje, ale mimo wszystko skłania do przemyśleń. W tym momencie dodatkowy kabel nagle przestaje mieć większe znaczenie i już tak nie przeszkadza. Jeżeli jednak szukamy mobilnego systemu z prawdziwego zdarzenia, ale nie chcemy, aby był on w jakikolwiek sposób przywiązany do telefonu, połączenie Mojo 2 i Poly wydaje się kuszące. Niestety, za sześć tysięcy złotych można już kupić hi-endowy odtwarzacz przenośny, który w domu będzie mógł pracować w trybie DAC-a. Tak naprawdę w całym tym zamieszaniu chodzi bowiem o połączenie dwóch funkcji - sprzętu przenośnego i przystawki do komputera, pozwalającej na korzystanie z ulubionych słuchawek w dowolnym miejscu. Kombinacja Chorda powinna sprawdzić się w obu sytuacjach, ale taki Astell&Kern A&futura SE180 też wiochy nie robi, prawda?
BMojo 2 nie został wyposażony w żadną łączność bezprzewodową. Trochę szkoda, bo zawsze moglibyśmy przy takim rozwiązaniu wyeliminować chociaż jeden kabel. Zamiast łączności Wi-Fi czy Bluetooth Chord oferuje inne rozwiązanie - specjalny moduł Poly, który oferuje funkcje bezprzewodowe, a ponadto może stać się streamerem i odtwarzaczem, jeśli umieścimy w nim kartę microSD.Chord Mojo 2 towarzyszył mi ponad dwa tygodnie. W tym czasie miałem okazję przetestować go zarówno w scenariuszu mobilnym, jak i stacjonarnym. Przyznam, że w kombinacji ze smartfonem zwyciężyło moje wygodnictwo polegające na eliminowaniu kabli. Dodatkowo Mojo 2 lekki nie jest, co w warunkach jesienno-zimowych szczególnie nie przeszkadza, bo możemy go umieścić w kieszeni kurtki, jednak w lecie umieszczenie smartona i Chorda w kieszeniach spodni wpływa już znacznie na komfort ich noszenia i poruszania się. A do tego jeszcze kabelki... Z racji tego nawet połączenie ze smartfonem testowałem głównie w domu. Mojo 2 wypadł tutaj zgodnie z deklaracjami producenta, bo jego czas pracy na baterii faktycznie oscylował w okolicach 8 godzin. Problem nie istnieje, gdy sprzęt podłączymy na przykład do laptopa. Wtedy o czas odtwarzania nie musimy się martwić. Jednak w obu przypadkach musimy martwić się o coś innego - obsługę opartą, jak już wcześniej wspomniałem, o cztery przyciski, które w zależności od ustawień przybierają różny kolor. Takie sterowanie jest moim zdaniem, mówiąc łagodnie, mało intuicyjne. Chyba jedynie fanom Chorda dostarczy dobrej zabawy. Reszta przy tym rozwiązaniu bardzo szybko zniechęci się do sprzętu lub z bólem serca nauczy się, co oznaczają poszczególne kolory. Mojo 2 fajnie mieni się na biurku, jednak taki system nie jest przyjazny użytkownikowi. Można powiedzieć, że nie jest wielką filozofią nauczyć się kilku kolorów i skojarzyć je z poszczególnymi funkcjami. Tym samym osobom z chęcią odpowiem, że dla mnie wielkim osiągnięciem nie jest zdobycie 8 szczytów z Korony Europy w 23 dni. Tylko, że ja nie każę nikomu biegać w upale po górach i przejeżdżać 6500 km, a w przypadku Mojo 2 po prostu nie ma alternatywy dla uczenia się znaczenia poszczególnych kolorów. Z plusów dotyczących użytkowania warto wspomnieć o tym, że przez cały czas trwania testu Mojo 2 nie zaliczył żadnej wpadki i cały czas działał bez zarzutu, co w przypadku nowoczesnej elektroniki staje się coraz rzadszym zjawiskiem.
Wrażenia odsłuchowe
Można powiedzieć, że przed przejściem do fazy odsłuchowej był remis. Jak najbardziej pozytywne wrażenia wizualne zbudowały świetny wizerunek sprzętu i otworzyły furtkę do dalszych sukcesów. Te, niestety, zostały nadszarpnięte przez ergonomię obsługi. W związku z tym do odsłuchu sprzęt przystępował z czystym kontem. Praktycznie cały okres trwania testu oparty był o TIDAL-a w wersji HiFi lub MQA. Do tej pory myślałem, że pliki wysokiej rozdzielczości i MQA to już szczyt zaspokojenia moich oczekiwań. Okazuje się, że jednak nie do końca, ponieważ już samo odtwarzanie dźwięku przy wsparciu Mojo 2 przenosi całą zabawę na wyższy poziom. Bez jakiejkolwiek ingerencji w ustawienia dźwięk zyskuje na detaliczności. Brzmienie można uznać za adekwatne do pory roku, ponieważ jest lekko ocieplone, a do tego ewidentnie podnosi temperaturę ciała w czasie słuchania. Wyraźnie odbija się to na nasyceniu barwy, zarówno w przypadku instrumentów, jak i wokali. Te drugie mają u producenta dobre układy, ponieważ sprzęt wypycha je nieznacznie do przodu, przez co niektóre albumy możemy poznać w zupełnie nowej odsłonie. Wysunięcie wokali nie wpływa w żaden sposób na przestrzeń. Tę Chord kreuje z ogromnym rozmachem, co najmocniej słychać przy wydawnictwach koncertowych, gdy dodatkowo zaczniemy eksperymentować z crossfeedem. Przy odpowiedniej konfiguracji Mojo 2 pomoże nam rozmieścić muzyków na scenie w oczekiwany przez nas sposób. Szczególnie dobrze słychać to w albumach, w których dominują brzmienia akustyczne, takich jak na przykład seria MTV Unplugged. W czasie koncertów Nirvany, Alice In Chains i Pearl Jam momentami ma się wrażenie uczestniczenia w nich na żywo, i to nie z perspektywy publiczności, ale jakbyśmy siedzieli gdzieś pomiędzy gitarą akustyczną, perkusją a wokalistą. Bardzo przyjemne doświadczenie.
TEST: Chord Qutest
Podobne cuda możemy osiągnąć, gdy, z pomocą ściągi, zaczniemy eksperymenty w obrębie barwy. W przypadku dużej liczby testowanych słuchawek mam spore pole manewru jeśli chodzi o narzekanie w temacie niewystarczającego ciężaru w moich ulubionych gatunkach muzycznych, czyli przede wszystkim cięższych odmianach metalu. Muzyka ta jest głównie oparta na przesterowanych gitarach i głębokim, mięsistym fuzzie. W słuchawkach często tego nie słychać, a nawet jeśli skorzystamy z pomocy korektora, zwykle jest to tylko maskowanie problemu. Mojo 2 jest jednym z niewielu urządzeń, które faktycznie potrafią znaleźć na to rozwiązanie. Na warsztat poszło kilkanaście albumów o bardzo mocno zróżnicowanej produkcji, okresie powstania i wybiegających poza ogólnie pojęty stoner. Praktycznie w każdym przypadku, po krótkiej walce konfiguracyjnej, udało mi się osiągnąć efekt, który w pełni spełniał moje oczekiwania, niezależnie od tego, czy był to debiut Black Sabbath, Kyuss, nowoczesny thrash czy sludge. W każdym wariancie Mojo 2 wyciągał z tych gatunków zdecydowanie więcej, niż pozwalają na to ustawienia standardowe. Co ważne, robił to w sposób naturalny i na tyle subtelny, że kosztem jednej częstotliwości nie cierpiały drugie. I nawet przy dynamicznym, równym i bardzo treściwym basie doskonale słyszalna była cała reszta. To było jak spotkanie z moimi ulubionymi albumami na sterydach. Całość ewidentnie nabierała charakteru i wyrazistości, stawała się głębsza i wielowymiarowa. Ciężko to opisać słowami, ale przy niektórych albumach miało się wrażenie słuchania muzyki w 3D.
Mojo 2 wyciągał z moich ulubionych gatunków zdecydowanie więcej, niż pozwalają na to ustawienia standardowe. Co ważne, robił to w sposób naturalny i na tyle subtelny, że kosztem jednej częstotliwości nie cierpiały drugie. I nawet przy dynamicznym, równym i bardzo treściwym basie doskonale słyszalna była cała reszta. Całość ewidentnie nabierała charakteru i wyrazistości, stawała się głębsza i wielowymiarowa.Oczywiście sprzęt Chorda nie odmieni w magiczny sposób nagrań skopanych na etapie masteringu. Po cichu liczyłem na to, że może nawet w tak kiepskich przypadkach uda się coś zdziałać, ale nie. Taki "Death Magnetic" Metalliki nadal brzmi jak obraz nędzy i rozpaczy, tylko ubrany w trochę inne szaty, bo Mojo 2 stara się stanąć na rzęsach, by wycisnąć z tego albumu cokolwiek więcej, niż ma on do zaoferowania. Po drugiej stronie barykady stoją nagrania, w których etap produkcyjny został przepracowany należycie i pieczołowicie. Tam, gdzie osiągnięto niesamowite efekty, Mojo 2 jeszcze je podkreśla, tworząc wielodaniową ucztę dla głodnego fana dobrego brzmienia. Na koniec mała ciekawostka - miniaturowego Chorda miałem okazję przetestować z kilkoma rodzajami słuchawek nausznych i dokanałowych. W obu wariantach były to modele z naprawdę różnych półek cenowych. I praktycznie w każdym przypadku Mojo 2 wnosił do osłuchu coś specjalnego, nadając brzmieniu cieplejszą i bardziej wyrazistą barwę oraz zwiększając dynamikę i przejrzystość. W przypadku audiofilskich nauszników nie jest to nic zaskakującego, ale zachęcony takimi rezultatami sięgałem po coraz tańsze i tańsze słuchawki, a cały eksperyment skończył się na budżetowych dokanałówkach AKG, które były dołączone do któregoś smartfona Samsunga z serii Galaxy, już nawet nie pamiętam, którego dokładnie. I co? W skali bezwzględnej efekt oczywiście nie powalał, ale przesiadka z gniazda słuchawkowego w laptopie na Mojo 2 wprowadziła tak samo dużą poprawę, jak podczas odsłuchów z wykorzystaniem znacznie droższych nauszników. Potwierdziła się zatem zasada mówiąca, że dobry sprzęt potrafi pokazać swoją klasę nawet w kiepskim towarzystwie.
Budowa i parametry
Chord Mojo 2 to przenośny przetwornik cyfrowo-analogowy z wbudowanym wzmacniaczem słuchawkowym. Stworzony na bazie pomysłu wieloletniego konsultanta firmy w zakresie cyfrowego audio, Roba Wattsa, Mojo 2 jest jednocześnie pierwszym na świecie urządzeniem, które posiada bezstratny procesor DSP na pokładzie. Producent twierdzi, że pozwoliło to na nowo ustanowić poprzeczkę jakościową, jeżeli chodzi o przenośne źródła audio wysokiej klasy. Procesor cyfrowy o ultra wysokiej rozdzielczości ma być całkowicie transparentny, umożliwiając jednocześnie regulację barwy w całym zakresie częstotliwości bez jakiejkolwiek utraty jakości. Brytyjczycy twierdzą, że technologia ta daje Mojo 2 niezrównaną kompatybilność z jakże szerokim wachlarzem słuchawek dostępnych na rynku oraz elastyczność w zakresie komponentów źródłowych i rodzajów cyfrowych plików audio. Nowością w stosunku do poprzednika jest menu, które wprowadza funkcję wyciszenia, czteropozycyjną funkcję mieszania kanałów, podróżną blokadę przycisków oraz oczywiście w pełni bezstratną kontrolę barwy. Liczba wejść cyfrowych zwiększyła się do czterech dzięki wejściu USB-C wprowadzonemu dla większej elastyczności. Wejście to współistnieje z wejściami optycznym, koaksjalnym i Micro USB. Warto zwrócić uwagę, iż wejście koaksjalne posiada podwójne wejście danych dla urządzenia M Scaler. Jednocześnie Mojo 2 posiada dwa wyjścia słuchawkowe 3,5 mm. Technologia zarządzania stanem baterii daje dużo krótsze czasy ładowania, a jednocześnie minimalizuje aż o 75% straty w trakcie tego procesu, co pozwala na większą skuteczność i niższe temperatury samego ładowania. Pojemność baterii zwiększyła się o 9%, co przekłada się na dłuższy czas działania, który teraz przekracza 8 godzin. Mojo 2 jest sprzężony stałoprądowo dzięki zastosowaniu cyfrowego układu DC Servo. Jednocześnie posiada też ulepszony autorski filtr cyfrowy WTA, który teraz korzysta z 40 rdzeni DSP. Ulepszenia w przetworniku Pulse Array przekładają się na niższe zniekształcenia i mniejsze szumy poza właściwym pasmem audio. Unikalny procesor, który jest teraz integralną częścią Mojo 2, umożliwia dokładne dostrojenie barwy w 18 krokach w każdym z czterech zakresów częstotliwości - niższy bas, średni bas, niższe wysokie tony, najwyższe tony. Dostępne są też dwa oddzielne tryby wzmocnienia - niski i wysoki. Całość zapakowano w obudowę wykonaną z aluminium, a cztery okrągłe gałki sterujące zostały wykonane z wysokiej jakości poliwęglanu.
Werdykt
Moja przygoda z Mojo 2 to istna sinusoida, która rozpoczęła się z naprawdę wysokiego poziomu, ponieważ wizualnie sprzęt Chorda robi świetne wrażenie zarówno pod kątem samego projektu, jak i wykonania. Po kilku dniach użytkowania nawet to dosztukowane gniazdo USB-C wywołuje bardziej uśmiech radości niż politowania. Noty urządzenia gwałtownie obniżyły się ze względu na ergonomię. Kolorowe guziczki są piękne, ale osobiście wolałbym, aby sprzęt dogadywał się ze mną w sposób, który rozumiem, nawet poprzez zapalanie diodek z wyraźnymi opisami. Wiadomo - po pewnym czasie i przy dużej dawce szczerych chęci można się nauczyć, co oznacza podświetlenie fioletowe, a co białe. Pytanie tylko, czy wystarczy nam chęci i samozaparcia. Być może zmieniłbym zdanie, gdybym od dawna miał już w domu inny przetwornik Chorda. Mieszane wrażenia związane z obsługą zostały szybko zniwelowane jakością dźwięku, który serwuje słuchaczowi ten mały wariat. W naprawdę niewielkim pudełku upakowano wszystko, co niezbędne, by wycisnąć ze swoich ulubionych nagrań ostatnie soki. Dzięki wbudowanemu akumulatorowi rozwiązanie to może nie tylko zagościć na stałe w pobliżu laptopa, ale także towarzyszyć nam w plenerze. W połączeniu z bezstratnym streamingiem i dobrymi słuchawkami Mojo 2 tworzy niesamowite combo, które dostarczy słuchaczowi niezapominanych wrażeń.
Dane techniczne
Wejścia cyfrowe: koaksjalne, optyczne, Micro USB, USB-C
Wyjścia słuchawkowe: 2 x 3,5 mm
Moc wyjściowa: 90 mW/300 Ω, 600 mW/30 Ω
Impedancja wyjściowa: 0,06 Ω
Separacja kanałów: 118 dB
Zakres dynamiczny: 125 dB
Zniekształcenia: 0,0003 %
Wymiary (W/S/G): 22,9/62/83 mm
Masa: 185 g
Cena: 2590 zł
Konfiguracja
Bang & Olufsen Beoplay HX, Bowers & Wilkins PX7 Carbon Edition, Sennheiser HD 660 S, Denon Urban Raver AH-D321, Samsung Galaxy S20+, Dell Inspiron 5000.
Równowaga tonalna
Dynamika
Rozdzielczość
Barwa dźwięku
Szybkość
Spójność
Muzykalność
Szerokość sceny stereo
Jakość wykonania
Funkcjonalność
Cena
Nagroda
-
-
Lukee
Bardzo fajny przenośny DAC + Amp. Polecam dokupić sobie jakiś streamer Bluetooth typu xDuoo 05 Bal, można zaoszczędzić kupę kasy w porównaniu do Poły. Ja dodałem sobie jeszcze ładowanie bezprzewodowe żeby nie musieć odpinać non stop BT. Używam stacjonarnie, ale często się przemieszczam i to jest genialny sprzęt. Wiadomo że gdyby miał balans 4,.4 i normalne menu zamiast kolorowych kulek, to byłaby bomba, ale i tak to świetny sprzęt.
1 Lubię
Komentarze (2)