Kolejny wielki comeback - wraca moda na słuchawki przewodowe! Tylko gdzie je znaleźć?
- Kategoria: Felietony
- Tomasz Karasiński

Jeszcze kilka lat temu sprawa wydawała się przesądzona. Słuchawki przewodowe miały pozostać domeną audiofilów, muzyków i ludzi, którzy z jakiegoś powodu nie chcą pogodzić się z postępem, podczas gdy cała reszta świata miała przejść na Bluetooth i już nigdy nie oglądać się za siebie. Trudno było z tym dyskutować. Kabel zawsze był najbardziej irytującym elementem słuchawek - zahaczał o ubranie, plątał się w kieszeni, potrafił wyciągnąć pchełkę z ucha, a kiedy telefon zaczął pełnić rolę głównego źródła muzyki, dochodził jeszcze problem kompatybilności pilota na kablu z danym systemem operacyjnym. Wystarczyło raz pobiegać z przewodowymi dokanałówkami, aby brak tego ograniczenia zaczął jawić się jako oczywista przyszłość. Kiedy pojawiły się pierwsze naprawdę wygodne TWS-y, nikogo nie trzeba było już przekonywać. Wyjmujemy słuchawki z etui, wkładamy do uszu, muzyka gra, a telefon może zostać tam, gdzie był. Żadnego rozplątywania, żadnego przewodu pod kurtką, żadnej wtyczki. Kabel zaczął przypominać pozostałość z czasów, kiedy telefony miały fizyczne klawiatury, muzykę przenosiło się w formie plików między komputerem a odtwarzaczem, a aparat fotograficzny był osobnym urządzeniem, które zabierało się na wakacje razem z ładowarką i zapasem kart pamięci. Tymczasem w ubiegłym roku stało się coś dziwnego - sprzedaż słuchawek przewodowych zaczęła rosnąć! Co więcej, w tym roku gwałtownie przyspiesza. A przecież mamy audiofilskie kodeki, coraz lepsze akumulatory, multipointy i szereg innych argumentów, które powinny sprawić, że nikt nie zacznie na serio myśleć o powrocie do kabla. Niejeden zdziadziały miłośnik sprzętu hi-fi powie, że to tylko chwilowa moda. Ot, młodzi melomani i hipsterzy postanowili znów czymś się wyróżnić i teraz chcą, aby na szyi dyndał im cienki przewód, którego i tak nie mają do czego podłączyć. Ale nie. Trend jest bardzo wyraźny, a im głębiej wgryziemy się w temat, tym ciekawiej się robi.

























Marcin